wtorek, 30 lipca 2019

Pieszo: Laponia 2019


Wstęp. Laponia to - jak podaje wikipedia - region kulturowy i geograficzny w północnej Europie leżący w obrębie czterech państw: Rosji, Finlandii, Norwegii i Szwecji. Znana jest ona z wielkiej ilości bagien, jezior, tajgi (południe), tundry (północ), reniferów i... Świętego Mikołaja. Dodatkowo panuje tu klimat od umiarkowanego pośredniego do subpolarnego.


Ekwipunek. Pomysł na odwiedzenie fińskiej Laponii zrodził się w naszych głowach już podczas rowerowego pobytu w południowej Finlandii. W styczniu 2019 r kupiliśmy bilety na trasie Gdańsk-Helsinki i Helsinki-Ivalo-Kittila w terminie 17-28 lipca 2019 r za około 1600 zł linią Finnair. Z wygody (by nie martwić się tonażem bagażu) wykupiliśmy bagaż rejestrowany, który na lotnisku trzeba było wpakować w worki wręczone na miejscu. Nasz ekwipunek składał się z:
- dwóch plecaków turystycznych, 70 i 80 l, zaopatrzonych w pas biodrowy i piersiowy (bardzo ważne!)
Plecaczki odpoczywające na trasie
- dwóch worków na gruz, w których chowaliśmy ubrania i śpiwory, by nie zamokły podczas deszczu (czytaliśmy, że Laponia jest zimna i mokra, a nam jak zwykle trafiły się upały...)
- mata samopompująca, karimata, 3x śpiwór
- bielizna na 5 dni, para ciepłych skarpetek, 2x termoaktywna bluzka z krótkim rękawem, 2x termoaktywna bluzka długi rękaw, bluza, kurtka, płaszcz przeciwdeszczowy, czapka, rękawiczki, buff, spodnie 2w1
- trapery, japonki
- moskitiera na głowę (!!! komarów i gryzących much jest tam od groma!), środki przeciw komarom x3
Nowa moda - rybacka moskitiera
- zestaw turystyczny do gotowania, niezbędnik, kubek metalowy
- krzesiwo, zapalniczka, nóż, rękawice robocze
 - jedzenie: 3x makaron, 2x zestaw do rosołu, 2x płatki owsiane błyskawiczne, 12x kisiel, 2x budyń, 2x kaszka manna, 6x kawa 3w1, 3x kabanosy, 7x konserwa, cukierki, ciasteczka owsiane, orkiszowe i typu belvita, herbata, cukier
- 3l wody
- ręcznik, apteczka, przybory do mycia i golenia, chusteczki nawilżane, 3x rolka papieru wc
- linka do prania, worek do prania, szare mydło, 10x klamerki
- latarka
- termos
- namiot
Niezastąpiony Fjord Nansen Sierra II
Przydatność ekwipunku. Jak widać z powyższej listy mieliśmy dość dużo rzeczy, które wynikały ze spodziewanej pogody (zimno i deszcz), braku funduszy na liofilizaty i braku możliwości zrobienia zakupów po drodze. Oczywiście wyeliminowaliśmy pomysł survivalu i łowienia ryb - przy założeniu 17 km z kompasem w ręce dziennie nie mielibyśmy czasu i ochoty łowić - do tego nie mieliśmy odpowiednio małej wędki i nie chcieliśmy się bawić w tworzenie jej na miejscu. No i przyznaję się - zapomniałam wziąć żyłkę i haczyk. W związku z czym nasze plecaki ważyły odpowiednio 20 i 13 kg bez większej możliwości ich odchudzenia. A to dlaczego? Wyjaśnienie poniżej:
- tak duże plecaki same w sobie ważą 1-1,5 kg. Może plecaki nowszej generacji są lżejsze, ale mieliśmy pożyczone plecaki od brata Piotra i mojego Taty, więc nie czuliśmy potrzeby wydawania dodatkowych pieniędzy na ekwipunek, którego może nigdy ponownie nie wykorzystamy. Ważne, że plecaki miały pas biodrowy, który znacznie odciążał ramiona oraz regulację na linii biodra-ramiona, dzięki czemu można było taki plecak dopasować do malutkiej mnie jak i wysokiego Piotra.
- na Laponii można było zrezygnować z cięższej maty samopompującej na rzecz lekkiej karimaty - większość terenu porośnięta jest jagodami, więc pod namiotem jest miękko. Nie można natomiast zrezygnować z cieplejszych (i cięższych) śpiworów, że względu na fakt, że temperatury w nocy spadały nawet do 7 stopni.
- mogliśmy zrezygnować z długich rękawów, bluz i płaszczy przeciwdeszczowych, bo trafiły nam się upały (27-30 stopni), co w Laponii jest rzadkością - nikt tego jednak nie przewidział, przygotowaliśmy się na najgorszą możliwą pogodę. Polecam za to gorąco odzież termoaktywną - dobrze odbiera pot, jest łatwa do wyprania i bardzo szybko schnie - zdecydowanie szybciej niż zwykłe bluzki bawełniane. Dobrym rozwiązaniem były też spodnie 2w1 - podczas marszu można było odpiąć nogawki, gdy było za gorąco, a podczas postoju szybko je ubrać i nie bać się, że komary pogryzą nogi. Moje spodnie tego typu dodatkowo łatwo było wyprać i równie szybko schły.
- zmienne obuwie to podstawa - noga również musi mieć czas na odetchnięcie od dusznych traperów, a przy tym japonki są lekkie, zajmują mało miejsca i pozwalają wejść do wody bez ryzyka skaleczenia o podwodne kamienie.
- moskitiera jest obowiązkowa! Przy takiej ilości bagien komary i gryzące muchy to zmora zarówno na postoju jak i podczas marszu - uwierzcie mi, że te cholery gryzły nawet po zastosowaniu środka na komary - odlatywały na jakieś 5 minut, by wrócić ze zdwojoną zajadłością. Na szczęście moskitiera na głowę nie waży praktycznie nic :)
- zestaw turystyczny do gotowania również był wyposażeniem obowiązkowym, gdyż gotowaliśmy na ogniskach (nie było możliwości wejścia do restauracji lub zaopatrzenia się w sklepie). Mój zestaw nie zmienił się od ostatniego roku i posiadam w nim: garnek z pokrywką, patelenka, 2x miseczka, niezbędnik, 2x kubek metalowy. Dodatkowo oczywiście zabraliśmy 3x gąbkę do mycia, 100 ml płynu do mycia naczyń, krzesiwo i zapalniczkę. Wszystko się przydało.

Akcent oceanograficzny nawet na Laponii!
- apteczka na szczęście nam się nie przydała, ale wiadomo, że z tego nie wolno rezygnować na wyjeździe. Dodatkowo mieliśmy w niej coś na przeczyszczenie, zatwardzenie, przeziębienie, ból i podrażnienie.
- akcesoria higieniczne. I tu kontrowersja. Można by nie nosić ze sobą małego żelu i szamponu - niektórzy przecież przeżyją bez mycia kilka dni :D. Ale każdy, kto umyje się po upale i marszu 17 km z plecakiem ważącym 20 kg doceni o ile lepiej odpoczywa wtedy ciało. W związku z tym żel był obowiązkowy i przydał się również do nadania zapachu prania. Mieliśmy też chusteczki nawilżające, gdyż woda w jeziorach jest dosyć zimna (10-13 stopni), więc często korzystaliśmy raczej z nich niż wchodziliśmy cali do wody (zazwyczaj kończyło się na umyciu włosów). Oczywiście nie wyobrażam sobie nie myć zębów przez 12 dni, czyli szczoteczka i pasta również były obowiązkowe.
- latarka nie była potrzebna. Przez 12 dni mieliśmy najpierw dzień polarny, a potem białe noce.
- termos nie musiał być potrzebny, ale miło było wypić ciepłą herbatę po przebudzeniu po zimnej nocy. 3 l wody również były obowiązkowe, musieliśmy na bieżąco ją przegotowywać.
- zestaw do prania nie ważył dużo (worek, pół kostki szarego mydła, kawałek sznurka, klamerki), a pozwalał prać głownie bieliznę. 
- namiot to oczywiście element niezbędny, a swoje waży. Mój Fiord Nansen Sierra II waży około 3,5 kilograma i nie udało się go znacznie odchudzić. Pod namiot zastosowaliśmy płachtę za 15 zł, by zminimalizować ryzyko przebicia podłogi sypialni.
- jedzenie. W sumie zostawiliśmy 500 g makaronu w chatce na trasie, reszta została zjedzona. Tu praktycznie nie dałoby się odchudzić kilogramów - chyba, ze zainwestowalibyśmy w liofilizaty, które są drogie.


Pożywienie. Jedliśmy w sumie dwa posiłki dziennie i przekąski podczas postojów. Na śniadanie były dwie opcje:
- ciastka belvita + ciepła herbata z termosu, ewentualnie z kaszką manną; takie śniadanie jadłam, gdy nie mogłam patrzeć na płatki owsiane. Niestety po takim śniadaniu szybko się robiłam głodna
"Przepyszna" mammałyga
Płatki przed zalaniem
- płatki owsiane z cukrem i kisielem zalane wrzątkiem; dużo pożywniejsze, choć nie za bardzo przepadam za taką formą śniadania
- czasami skusiliśmy się na konserwy, ale dosyć szybko się skończyły :D



Natomiast na obiadokolację jedliśmy:
- makaron z sosem (borowikowy, cygański kociołek, napoleoński, cztery sery, gulasz myśliwski)
- rosół (bardzo łatwy w przygotowaniu i bardzo smaczny! jedyne czego potrzebujemy to łyżkę oleju, łyżkę sosu sojowego, kostkę bulionową, suszone owoce i... makaron ryżowy!)

Magiczna mieszanka na dwa rosoły
Wodę do powyższych rzeczy oczywiście braliśmy z jeziora i gotowaliśmy.

Opis podróży. Swoją przygodę z Laponią zaczęliśmy od wylądowania na malutkim lotnisku w Ivalo, gdzie cały czas trwa nastrój świąteczny (bombki zapewne wiszą tu przez cały rok). Jest to na tyle małe lotnisko, że nie ma mowy o zgubieniu się i zazwyczaj przylatuje tu jeden samolot dziennie. Lotnisko jest przy tym dosyć nowoczesne, akceptuje bilety elektroniczne wyświetlane z komórek, a obsługa jest przemiła i pomocna - zamówiła nam bez problemu i dodatkowych opłat taxówkę. Czekając na nią zobaczyliśmy naszego pierwszego renifera, który był zganiany z płyty lotniska.

Leniwy, lotniskowy renifer
 Przemiła i małomówna pani z taxówki podwiozła nas do Nellim (zapłaciliśmy 92,30 euro), skąd przy 13 stopniach odbyliśmy 6 km marszu nad jezioro Matjarvi. Sprawnie rozstawiliśmy namiot, ugotowałam przepyszny rosół (nawet Piotrusiowi smakował) i poszliśmy spać ze świadomością, że noc nie zapadnie. W nocy było dosyć zimno i nad ranem przeszedł koło naszego namiotu kolejny renifer (przy 35 już przestaliśmy liczyć ile ich widzimy :D).

Matjarvi o godzinie 22
 Drugiego dnia wstaliśmy koło 10 i bez większego pośpiechu przepakowaliśmy i wyregulowaliśmy plecaki, przytroczyliśmy namiot i zjedliśmy śniadanie. Około 14 ruszyliśmy w 17 km marsz - około 14 km żwirową drogą, a kolejne 3 km niebieskim szlakiem leśnym. Zrobiła się przepiękna pogoda i od tej chwili do końca wyprawy zaczęły nam przeszkadzać gryzące muchy, których nie odstraszały specyfiki chemiczne. Trasa prowadząca żwirówką pozwalała na szybkie tempo marszu, ale szybko męczyła nogi i nie wyobrażałam sobie nie zdjąć butów podczas postoju chociaż na kilka minut (tak bardzo się grzały). 
Urozmaicony widok podczas spaceru żwirówką
Nawet znalazł się asfalt

Renifery nas nie zauważyły
Po drodze spotkaliśmy 24 renifery, zdecydowaliśmy się na zmianę trasy i zagłębiliśmy się w niebieski szlak. Szlak ten jest bardzo dobrze oznaczony - niebieskie paliki są tak wbite, że przy jednym palu widać zarys kolejnego, kilkaset metrów dalej. Niestety szlak ten prowadzi również przez bagna, na których nie ma zazwyczaj kładek - trzeba mieć więc wodoodporne obuwie! Na bagnach tych dotkliwiej i częściej gryzą komary i muchy więc trzeba się uzbroić w moskitierę. Nocleg wypadł nam nad jeziorem Kessijarvi, gdzie rozpaliliśmy ogień w rozgrzebanym kopcu z mchu. Zostawiliśmy tu część śmieci i folie lotniskowe, wiedząc, że po nie wrócimy. 

Niebieski szlak Piilola trail

Oprócz sosen i wierzb, pełno głazowisk

Jezioro Kessijarvi
W nocy i nad ranem padało, więc przeczekaliśmy deszcz w namiocie - dlatego też trzeciego dnia wyszliśmy dopiero po 18 i podczas tego 12 km marszu przemierzyliśmy moc bagien, strumyków i rzek. Jak już wspominałam, na bagnach nie ma kładek, więc straciliśmy bardzo dużo czasu, by wynaleźć bezpieczną i w miarę suchą drogę przez takie bagienka, ciągle męczeni przez komary i gryzące muchy. Na jednym ze strumieni wpadających do jeziora Metalajarvi prawie skręciłam kostkę, gdyż moje malutkie nóżki nie radzą sobie przy dłuższych skokach z jednego śliskiego kamienia na drugi :). Przeszliśmy też przez jeden, jedyny mostek nad wartką rzeczką, po którym jakoś bałam się przejść i trafiliśmy do celu - wiaty nad Nuottamajarvi, która jednak okazała się zajęta, więc rozbiliśmy się kawałek dalej. Tego typu wiata ma w sobie szerokie ławy, daszek i miejsce na rozpalenie ognia wraz z rusztem oraz przybudówkę z drewnem i sławojkę. 

Jezioro Metalajarvi

Tak blisko skręcenia kostki!

Most DIY

Wiata
Dzień czwarty przywitał nas gorącem i słoneczkiem, które  skutecznie wykurzyło nas z namiotu. Z tego też powodu wyszliśmy dosyć wcześnie (jak na nas), bo już około 13. Czekało nas jedynie 6 km, które jednak zajęło dość sporo czasu ze względu na kolejne bagna i kolejny wartki strumień, którego ja nie byłam w stanie przejść - odległości między kamieniami były znaczne, część kamieni była pod wodą porośnięta śliskimi glonami lub bardzo stroma, więc bałam się, że z obciążeniem po prostu wpadnę do wody. W związku z czym... weszłam do wody z własnej woli, ostrożnie, bo nurt znosił dosyć mocno. Woda była bardzo zimna, nogi w niej cierpły. Ale plecak chociaż pozostał suchy :).

Czysta woda Nuottamajarvi

Trasa biegnąca przez kamienie - jak dla mnie nie do przejścia
Po takich przygodach doszliśmy w końcu do ostatecznego celu - chatki wolnostojącej Piilola, która... okazała się zajęta! Na szczęście Fin był na tyle miły, że pozwolił nam wejść do chatki i przegotować wodę na kuchence gazowej, a nawet zaproponował nocleg. Grzecznie odmówiliśmy, bo już rozstawiliśmy namiot :) Postanowiliśmy sobie zrobić dwa dni odpoczynku w tym miejscu, więc na spokojnie zrobiliśmy pranie i umyliśmy włosy w jeziorze Nammijarvi. Niestety Fin nas się chyba jednak wystraszył, bo spakował się i około 21 nas opuścił, więc chatka została do naszej dyspozycji. W tej chatce było:
- dwupoziomowa prycza z trzema gąbkami do spania, kocyk, poduszka
- stół, karty do gry, księga gości
- piecyk na drewno, stos szczap, kuchenka gazowa
- naczynia do gotowania, wiadra
- miejsce na rozwieszenie prania
- przybudówka z drewnem
- sławojka

Pierwszą noc spędziliśmy w namiocie, natomiast drugą postanowiliśmy spędzić w chatce i... to był błąd! Jakimś cudem ciągle przybywały komary i zasnęliśmy gdzieś koło 7 ze zmęczenia ciągłą walką z krwiopijcami... A chatka naprawdę wydawała się szczelna!

Piilola Autotiupa

Miejsce do spania

Wystrój wnętrza
Dnia szóstego rozpoczęliśmy powrót tą samą trasą, na te same przystanki. Nauczyliśmy się przechodzić bagna szybko i suchą stopą, więc już nie opóźniały marszu. Powrót na drogę żwirową okazał się przykrym doświadczeniem, gdyż dużo szybciej męczyliśmy się po takiej ścieżce niż w lesie. Dnia  dziewiątego zaszliśmy do Hotelu Nellim, gdzie miła recepcjonistka zamówiła nam taxówkę i pozwoliła napełnić butelki czystą wodą bez posmaku popiołu. Taxi na trasie Nellim-Ivalo wyniosło nas 76 euro i zatrzymaliśmy się przy supermarkecie, gdzie zrobiliśmy jakieś drobne zakupy (multiwitamina, jakże ona była dobra!!), a następnie przeszliśmy 4 km do kempingu Ivalo River Camp, gdzie spędziliśmy w sumie dwie noce za 34 euro. Dnia 11 podeszliśmy jak najbliżej lotniska i rozbiliśmy się w odległości jakiś 400 m. Pobudka o 5 była zimna, choć jasna - przywitało nas 8 stopni. Około 11 byliśmy już w Helsinkach, gdzie obżarliśmy się hamburgerami i musieliśmy jakoś zabić nudę spowodowaną czekaniem na lot ponad 7 godzin.

Renifer tuż przy ruchliwej ulicy w Ivalo

Polaczki cebulaczki piorą wszystko co się da

Ivalo River Camp

Ostatni nocleg 400 m od lotniska

Lotnisko Ivalo
Sprawy lotniskowe. Może ten akapit powinien być gdzieś na początku. Jak już wspominałam lecieliśmy z przewoźnikiem Finnair, najpierw małym samolocikiem Norra z Gdańska do Helsinek (strasznie buja, dosyć głośno), a następnie z Helsinek do Ivalo. Ivalo na tej trasie jest międzylądowaniem, więc w drogę powrotną z Ivalo lecieliśmy najpierw do Kittili, a następnie do Helsinek.
Bagaż nadany w Gdańsku odbieraliśmy dopiero w Ivalo, nie musieliśmy się nim martwić w Helsinkach - warto jednak na lotnisku w Ivalo wspomnieć, że lecimy do Gdańska, a Helsinki są tylko przystankiem, by również bagaż nadano do Gdańska.
Nie ma obowiązku mieć przy sobie wydrukowanych biletów - na każdym z tych lotnisk akceptowano elektroniczne bilety z samolotu.
Plecaki trzeba było zabezpieczyć przed nadaniem - w tym celu wpakowuje się taki plecak w specjalny worek foliowy i zawiązuje się go lub zakleja taśmą. Wszystkie te artykuły są na lotnisku.

Cennik wyprawy (dla 1 osoby):
- bilet lotniczy 1680,00 zł
- obiad lotnisko 13,53 euro
- postój na kempingu 17,00 euro
- woda na lotnisku 2,00 euro
- taxówka 83,95 euro
- KSupermarket 16,60 euro 
- pamiątki 15,00 euro
     suma:  1680,00 zł + 148,08 euro = 2272,32 zł (po niższych cenach wymiany zł na euro)

Podsumowanie. Laponia jest pięknym miejscem, w którym można się wyciszyć, odpocząć od ludzi i nie musieć się bać o swój dobytek. To była moja pierwsza tego typu wyprawa piesza i odpowiada mi ona bardziej niż pokonywanie trasy na rowerze, więc jeżeli się uda to na pewno nie raz skuszę się na tego typu wakacje.
Ludzie są przyjaźni, choć mało gadatliwi. Panuje tu zwyczaj machania sobie na powitanie poza miastem. Renifery są wszędzie, nie przejmują się niczym - przypominają trochę koty, którym wszystko wolno. Potrafiły sobie wyjść na ruchliwą ulicę i spacerować środkiem drogi pomimo trąbiących samochodów.
Moim odkryciem ekwipunkowym były buty firmy Quechua, których nie zamienię na żadne inne oraz spodnie 2w1 firmy forclaz. Zdecydowanie umiliły mi i ułatwiły tę przygodę. Dobrym pomysłem było również zabranie moskitier na głowę i ugotowanie szybkiego i łatwego w wykonaniu rosołu.
Bardzo polecam choć raz w życiu przyjechać do Ivalo i okolice jeziora Inari!

Niezapomniane już dla mnie jezioro Nammijarvi

Jakakolwiek kawa nie jest zła!

Ognisko, ognisko...

Jak bagna to i rosiczka!

Nellim i charakterystyczny kolor domów

Wracamy!

Geologiczny raj?

Trafił swój na swego

Zachód nad Matjarvi

Świtezianka nad rzeczką nad Ivalo River Camp




 Masz jakieś pytania, uwagi, spostrzeżenia? Pisz, nie krępuj się :)

W tle leciało:
SKÁLD - Rún
Wiedźmin OST - Kaer Morhen
Jar - Słowiański taniec











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz