piątek, 14 lutego 2020

Islandia - fotorelacja luty 2020



Zima to pora roku kojarząca się z wyjazdami pod kątem nart i innych zimowych sportów. Nam natomiast zima tego roku kojarzyć się już będzie z czarnymi, bazaltowymi skałami, wysokimi falami Atlantyku i ciepłem islandzkich gejzerów.

Islandia jest wyspą wulkaniczną znajdującą się na Grzbiecie Śródatlantyckim, między dwoma płytami tektonicznymi: północnoamerykańską i euroazjatycką. Jest ona rajem dla geologów, glacjologów oraz wulkanologów, ze względu na fakt, że wulkanizm, ruchy tektoniczne i inne ciekawe zjawiska geologiczne można zobaczyć na powierzchni ziemi i to w niewielkich odległościach od siebie.

Na Islandię wybraliśmy się w dniach 8-11.02 i był to wyjazd spontaniczny, bez czatowania na jak najlepsze oferty lotów. Nie był więc to wyjazd typu low cost, jak również nie zdążyliśmy zobaczyć zbyt dużo - ogrom pięknych miejsc w stosunku do czasu, jaki mieliśmy do dyspozycji zmusił nas do wybrania "co ciekawszych" lokalizacji i decyzji powrotu w przyszłości. Na wyjazd ten nie musieliśmy się zbytnio przygotowywać - nie trzeba było kupować specjalnego ekwipunku, obuwia sportowego czy odzieży termoaktywnej - wszelkie turystyczne gadżety pozostały nam z wypadu pieszego po Laponii czy wyjazdu rowerowego na południe Finlandii.

Wylot z Gdańska mieliśmy późno, bo o 18:15. W Keflaviku wylądowaliśmy około 21:15 tamtejszego czasu i od razu przywitał nas mróz. Ruszyliśmy na przystanek autobusowy, z którego ruszał darmowy bus do wypożyczalni samochodów. Wystarczyło wskazać kierowcy do której wypożyczalni jedziemy, sprawdzić, który to będzie przystanek (Ryc.) i nacisnąć przycisk stop w odpowiednim momencie. Nam się tego stopu nie udało nacisnąć (nie wiedzieliśmy, że trzeba...), ale kierowca był czujny i nas wypuścił w odpowiednim miejscu :). Odbiór samochodu (Ryc.) przebiegł bez żadnych problemów - opłaca się wykupić tzw. platinum - czyli ubezpieczenie na wszystko co się da, dzięki któremu nie obawialiśmy się o samochód w żadnym momencie naszej podróży - a kamienie nie raz pryskały spod sąsiednich kół wprost na nasze szyby :). Wszystkie samochody z wypożyczalni miały automatyczną skrzynię biegów, kolce na oponach i pełen bak. Do tego obsługiwał nas Polak!

Ściąga, na którym przystanku trzeba wysiąść, by trafić do wybranej wypożyczalni samochodów. Naszym wyborem była wypożyczalnia Reykjavik.
Nasz kochany wypożyczony samochodzik.

Nasze miejsce zakwaterowania znajdowało się w Goðatún, czyli jakieś 40 km od lotniska. Był to mały garaż przerobiony na apartamencik, z bardzo wygodnym łożem, malutką łazieneczką (bez prysznica i ciepłej wody) oraz malutką kuchenką i centralnym ogrzewaniem. Pomimo braku ciepłej wody, a więc musu mycia się w misce z zagotowaną ciepłą wodą, wspominamy apartament bardzo ciepło.

Dzień pierwszy przywitał nas temperaturą ujemną, śniegiem i lekko zachmurzonym niebem. Naszym nadrzędnym celem było zwiedzenie tzw. Złotego Kręgu Islandii, ale najpierw postanowiliśmy zrobić zakupy, by mieć co na śniadanie i kolację (liofilizaty, chleb, kawę, herbatę i coś słodkiego wzięliśmy z Polski). Zakupy zrobiliśmy w najtańszym hiperparkecie - Bonus (Ryc), choć i tak ceny były dwa razy wyższe niż w Polsce. Za zakupy płaciliśmy Revolutem. Przykładowe ceny:
- sok pomarańczowy 198 koron islandzkich = 7,13 zł
- masło 198 ISK
- salami 398 ISK
- podróbka nutelli  298 ISK
Czy ta świnka nie wygląda na lekko zjaraną?

Rozbawieni logiem Bonus'a i lekko przerażeni cenami wróciliśmy do ciepłego autka i udaliśmy się na pierwszą atrakcję dnia: do parku Þingvellir, choć naszym celem nie był cały park, a tylko dwa miejsca - kanion z rozsuwającymi się płytami tektonicznymi (Dead Man Walk)(Ryc.) oraz wodospad Öxarárfoss (Ryc.). Co ciekawe w pobliżu wodospadu znajduje się płatny parking - można jednak zaparkować 200 metrów bliżej za darmo i najpierw zwiedzić Dead Man Walk, a dopiero później udać się nad wodospad. Kanion nie był jakoś wybitnie głęboki, ale mając świadomość jakie procesy mają tu miejsce, byłam pod wielkim wrażeniem. Wspieliśmy się wraz z narzeczonym na punkt widokowy, by przyjrzeć się płytom z góry, a następnie natrafiliśmy na pewien problem - ścieżka była bardzo śliska, część turystów miała raki i jakoś sobie radziła, natomiast większa część po prostu starała się zjechać na tyłku. Tak też zrobił Piotr, mnie udało się zejść bez upadku :). Następnie udaliśmy się nad mały wodospad  i uważam, że był on najpiękniejszym i najurokliwiej zlokalizowanym wodospadem ze wszystkich trzech widzianych podczas podróży. Tutaj też doświadczyłam na własnej skórze jak szybko wyczerpuje się bateria od lustrzanki na niskich temperaturach!
 
Lokalizacja


Ruch płyt tektonicznych - północnoamerykańskiej i euroazjatyckiej



Widok z Dead Man Walking. Południowa część Islandii jest dosyć płaska

Najpiękniejszy wodospad Islandii - Oxararfoss


Następnym miejscem, które odwiedziliśmy pod kątem Złotego Kręgu był park z gejzerami. I tu już było sporo turystów, może też dlatego to miejsce nie podobało mi się tak, jak spodziewałam się, że będzie się podobać. Obejrzeliśmy kilka bulgoczących gejzerków, postaliśmy przy aktywnie wyrzucającym wodę gejzerze Strokkur (Ryc.) i trochę nielegalnie sprawdziliśmy temperaturę wody w strumyczku nieopodal Litli Geysir - woda faktycznie była ciepła. No i zapach siarkowodoru bardziej odczuwalny tu niż w innych cześciach Islandii :)

Lokalizacja

Gejzer Strokkur cieszył się niesłabnącym zachwytem turystów, nawet jeżeli nie zawsze wypluwał wodę bardzo wysoko

Dymiący Geysir. Tu turystów jakby mniej

Ostatnim miejscem Złotego Kręgu był jeden z najbardziej znanych wodospadów - Gullfoss (Ryc.) - który przywitał nas mrozem i lodowym deszczem. Tu też zamarzł mi obiektyw, przemokliśmy i niewiele zobaczyliśmy, bo bardzo szybko przemarzliśmy :). Zdazyliśmy jednak zauważyć, że wodospad jest ogromny i siłę wody czuć nawet będąc oddalonym 300 metrów od niego.

Lokalizacja

Wodospad zrobiony przez zamarznięty obiektyw

Huczący Gullfoss


Po "odhaczeniu" Złotego Kręgu pojechaliśmy obejrzeć jeszczę jezioro w kalderze - Kerið (Ryc.) - i było to jedyne płatne miejsce do zwiedzenia - 400 ISK od osoby (można płacić kartą). Jezioro oczywiście było zamarznięte i widzieliśmy je podczas zmierzchu, więc niezbyt mi się podobało.

Lokalizacja

Jezioro w kalderze

Kolejny dzień zwiedzania był dniem w przewadze pochmurnym i wietrznym. Przełożyliśmy więc podróż prawie 200 km nad Czarną Plażę, a pojechaliśmy w okolice Keflaviku. Jadąc do kolejnego gejzeru postanowiliśmy na chwilę zboczyć z trasy i odwiedzić Blue Lagoon (Ryc.) - ale nie wchodziliśmy do ośrodka tylko przyjrzeliśmy się wodzie na zewnątrz - jest wytyczona ścieżka, z której można było się przyjrzeć błękitnej wodzie i białemu osadowi. Woda nie była ciepła (choć cieplejsza niż temperatura powietrz) i była lekko słona.

Lokalizacja

Błękitno-mleczna woda Blue Lagoon

Miejsce bardzo popularne, a na ścieżce jakoś tak ludzi brak

Osad. W głębszych partiach przez białą zawiesinę nie widać było dna

Następnym miejscem, które odwiedziliśmy było gorące źródło (hot spring) Gunnuhver (Ryc.), które przywitało nas zapachem jajka i ogromną parą. W parze bardzo szybko okazało się, że mocno wieje (prawie mnie zwiało ze ścieżki), śmierdzi siarkowodorem, jest ciepło i bardzo wilgotno. Do tego nie było praktycznie nic widać w takiej parze. Tu turystów prawie nie było, a uważam, że Gunnuhver jest ciekawszy niż Strokkur.

Lokalizacja

Gęsta para. Wewnątrz niej wcale nie lepiej

Hot spring Gunnuhver
Kierując się na latarnię Reykjanes (Ryc.), zajechaliśmy nad wybrzeże Valahnúkamöl (Ryc.), gdzie mogliśmy przyjrzeć się ogromnym falom i wystającym z wody skałom. Już wtedy zaczęło bardzo mocno wiać, a postanowiliśmy zwiedzić jeszcze pewne klify (Ryc.), których próżno szukać w przewodnikach. W tym celu minęliśmy Most pomiędzy kontynentami (nawet się na niego nie kierowaliśmy - ot, metalowy mostek i pełn turystów) i zaparkowaliśmy przy drodze 425, gdzie złapała nas... śnieżyca. Byliśmy jednak cierpliwi i czekaliśmy na poprawę aury - nie wychodziliśmy z samochodu w taką zawieję, bo czekałby nas "spacer" prawie 2,5 km do celu w jedną stronę. Na szczęście pogoda się odrobinę poprawiła i ruszyliśmy w drogę nękani przez ostre podmuchy wiatru, które nad samymi klifami uniemożliwiały podejście bliżej krawędzi klifu i stanie nieruchomo. Nad klify prowadzi mało widoczna ścieżka, która znajduje się "pośrodku niczego" i jest oznaczona skalnymi "kurhanikami". Widoki natomiast nad klifem - przepiękne! No i zupełny brak ludzi!

Lokalizacja klifów

Lokalizacja skalistego wybrzeża i latarni

Skaliste wybrzeże Valahnukamol i siła fal

Skaliste wybrzeże Valahnukamol. Komórka przesadziła z czernią akurat w tym miejscu.

Latarnia Reykjanes. Jak dla mnie trochę obskurna.

Nieznane klify. Fale były na tyle wysokie przy tym wietrze, że od czasu do czasu mokra mgiełka obmywała nas.

Ścieżka pośrodku niczego prowadząca do nieznanych, pięknych klifów

Ostatni dzień wyprawy przywitał nas pięknym słońcem. Ruszyliśmy więc w drogę prawie 200 km, by trafić w okolicę Vik. Południowo-wschodnia część Islandii różniła się od swojej północno-wschodniej siostry - nie była już płaska, z wzniesień często wypływały małe wodospady, a na zaśnieżonych preriach pasły się kudłate kuce islandzkie. Zajechaliśmy najpierw w okolice Dyrhólaey - nie wjechaliśmy jednak dokładnie tam, bo wjazd był zamknięty, a nie chciało nam się wchodzić pod górę, więc pojechaliśmy kawałek dalej, by zobaczyć szczelinę w cyplu (Ryc.) z drugiej strony. Od tej pory towarzyszyło nam już bardzo dużo turystów. Na Reynisfjara (Ryc.) mogliśmy przyjrzeć się czarnemu piaskowi, bazaltowym słupom i ogromnym falom, które zmoczyły wiele osób. Plaża i widoki były przepiękne, szum morza wyciszający, ale świadomość siły oceanu przytłaczała. Na nieszczęście turysci w ogóle nie myślą, że woda moze być niebezpieczna, pozują więc na bazaltowych słupach bez świadomości, że fala bez trudu duchodzi do tego miejsca i zabiera ze sobą wszystko, co napotka. Byliśmy świadkami jak fotografa zalało całego, wraz ze sprzętem, gdyż fala dodatkowo odbiła się od bazaltowej ściany. Gdyby mężczyzna się przewrócił - fala zabrałaby go ze sobą i nie możnaby mu było pomóc.

Lokalizacja Czarnej Plaży. Cypl, który oglądaliśmy dostępny był przy styku czarnej plaży i kawałka nienazwanego wybrzeża

Szczeliny w skale nie widać z tej strony tak dobrze jak na Dyrholaey. Ale biała morska piana i czarny piasek zdecydowanie mi wystarczyły

Inna szczelina z widokiem na Czarną Plażę

Widok na Czarną Plażę

Czarny piasek na Czarnej Plaży

Raj dla Oceanografa! Dobrze, że narzeczony czuwał, by mnie nie zmoczyło

Bazaltowe słupy jako ulubione miejsce sesji fotograficznych
Czas nas gonił - trzeba było na 20 oddać auto, a czekał nas powrót kolejne 200 km - więc niechętnie zeszliśmy z plaży i pojechaliśmy zobaczyć jęzor lodowca Sólheimajökull. Jęzor (Ryc.) oraz kry niebieskiego lodu (Ryc.) zobaczyliśmy z dosyć daleka - bez sprzętu, a przede wszystkim raków, nie byliśmy w stanie podejść zbyt blisko, bo okazało się zbyt ślisko dla zwykłych traperów. Nie mieliśmy przy tym czasu, by ostrożnie wynajdywać ścieżki pomimo braku sprzętu. Zdecydowaliśmy się więc kiedyś tu wrócić i ruszyliśmy z powrotem, zajeżdzając jeszcze na bardzo krótką chwilę nad wodospad Seljalandsfoss - nawet nie wyszliśmy z samochodu.

Lokalizacja

Jęzor lodowca z daleka

Niebieski lód z czarnymi przewarstwieniami popiołu

Oddaliśmy samochód z pełnym bakiem bez żadnych problemów, pomkneliśmy na lotnisko, by coś zjeść i wtedy okazało się, że wszystko jest zamknięte. Opłaca się więc robić kanapki "na zaś" :). Lot powrotny, a zwłaszcza lądowanie nie było zbyt przyjemne, gdyż szalał mocny wiatr. I znów czas wracać do rzeczywitości...


Informacje dodatkowe:
- sprzęt: plecak, trapery, koszulki termoaktywne, buff, lustrzanka Nikon D5000+2 baterie, komórka Motorola moto e5+
- jedzenie z Polski: chleb tostowy, liofilizaty, herbata, kawa 3in1 oraz dodatkowo: termos (!)
- płaciliśmy Revolutem i gotówką wymienioną w banku islandzkim
- litr benzyny, w zależności od stacji, to około 236 ISK
- stacje beznynowe są w większości samoobsługowe, na wszystkich można płacić kartą, natomiast trzeba się naszukać stacji, gdzie można wpłacić gotówkę
- przy drogach stoją znaki mówiące o ciekawych miejscach do zwiedzenia
- jest tu bardzo dużo Polaków
- komunikacja miejska jest słabo rozwinięta - bez samochodu nie ma możliwości zwiedzenia większości miejsc

Cennik (za jedną osobę)
- zakupy (Polska+ Islandia): 70 zł
- zwiedzanie: 13 zł
- lot: 341 zł
- mieszkanie: 291 zł
- samochód: 345 zł
- paliwo: 213 zł
razem:  1273 zł


A poniżej trochę zdjęć z samochodu:

Północno-wschodnia Islandia jest dosyć płaska

Częsty widok południowo-wschodniej Islandii

Randomowa rzeka północno-wschodniej Islandii

W dalszym ciągu północno-wschodnia Islandia

Gejzery na horyzoncie! Północno-wschodnia Islandia

Islandzki cmentarz




W tle leciało:
Song of the Sea z bajki Sekrety Morza
Song of the Sea Lullaby z bajki Sekrety Morza

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz